Odpowiedzialność za jazdę hulajnogą

Lato minęło, a obiecanej nowelizacji poświęconej hulajnogom w ruchu drogowym jak nie było, tak nie ma. Wydaje się, że posłowie nie mają idealnego pomysłu na regulację. Wszak dominująca koncepcja, która pozwalałaby jeździć hulajnogami, także po chodniku przewiduje – dla wielu kontrowersyjne, a dla mnie sztuczne – ograniczenie możliwości poruszania się szybciej niż pieszy. Problem tymczasem jest naglący. Media donoszą o rosnącej popularności hulajnóg i konsekwentnie zwiększającej się ich liczbie na chodnikach. W ślad za tym mnożą się wypadki i kolizje z udziałem tego środka transportu,  ale także co najgorsze i niepożądane, sądy, organy ścigania, czy szkoły nauki jazdy tworzą coraz to bardziej rozbieżne interpretacje prawa. Wszystko przez lukę w prawie.

Ostatnio głośno było o wyroku, w którym uznano hulajnogę elektryczną za quasi motorower. Zgodnie z prawem o ruchu drogowym, motorower to pojazd dwu- lub trójkołowy zaopatrzony w silnik spalinowy o pojemności skokowej nieprzekraczającej 50cm3 lub w silnik elektryczny o mocy nie większej niż 4 kW, którego konstrukcja ogranicza prędkość jazdy do 45 km/h. Niby wszystko się zgadza, ale tylko na pierwszy rzut oka. Wszak kierowanie motorowerem ograniczone jest licznymi obostrzeniami administracyjnymi i dozwolone na jezdni, nie chodniku ani drodze rowerowej. Co innego policja w różnych częściach kraju, która traktuje użytkowników hulajnogi jak pieszych, a przy tym karze mandatem za ruch po ścieżce dla rowerów, co jest co najmniej dyskusyjne,  a przynajmniej pozbawione zdrowego rozsądku.

Z prawnego punktu widzenia, do czasu wprowadzenia wyczekiwanych norm, wobec luki w przepisach, skłonny byłbym odmówić przyjęcia mandatu za „bezprawne” poruszanie się hulajnogą. Nieświadomość tego, że czyn jest zagrożony karą, nie wyłącza odpowiedzialności, chyba że nieświadomość była usprawiedliwiona. Tak stanowi kodeks wykroczeń. Jeśli sprawca pozostaje w usprawiedliwionym błędzie co do prawa, to nie może odpowiadać za wykroczenie. Dla mnie jako profesjonalnego prawnika każda spotykana interpretacja statusu hulajnogi prowadzi do absurdalnych konsekwencji,  nieracjonalnych z punktu widzenia zasad prawodawczych. Co ma więc powiedzieć „Kowalski” poruszający się hulajnogą?

Reklamy

Wyprzedzanie na bocznicy kolejowej

File:Woolston Railway Station 05.JPG

Aut: Matthew25187

Tory torom nierówne, a ich status może rzutować na rozstrzygnięcie postępowania sądowego. Przekonał się o tym mój klient, któremu przytrafiła się z pozoru błaha kolizja, początkowo zakwalifikowana jako wykroczenie z jego winy mojego. Finalnie, jednak klient mógł cieszyć się z wygranej sprawy odszkodowawczej.

Kolizja drogowa polegała na tym, że kierujący pojazdem osobowym (mój klient) podczas manewru wyprzedzania, zderzył się z wyprzedzanym pojazdem ciężarowym. Kierowca ciężarówki w trakcie bycia wyprzedzanym, sam rozpoczął manewr skrętu w lewo na posesję prywatną i de facto zajechał osobówce drogę. Uczestnikom zdarzenia nic się nie stało, jedynie osobówka miała wgnieciony przód. Na miejsce przyjechała Policja i ukarała mojego klienta mandatem. Uznała, że manewr wyprzedzania miał miejsce na przecinających drogę torach, które uznano za przejazd kolejowy.

Mandat został przyjęty, ale klient poczuł się pokrzywdzony tym, że prowadzący ciężarówkę też był winnym zdarzenia, a mandatu nie dostał. Taki obrót sprawy, umniejszał szansę na otrzymanie odszkodowania za uszkodzenie maski z polisy OC drugiego uczestnika kolizji drogowej.

Analiza miejsca zdarzenia, pozwoliła na diametralnie odmienne wnioski niż wyciągnięte przez funkcjonariusza Policji. Klient został ukarany mandatem niesłusznie. Manewr wyprzedzania miał miejsce na bocznicy kolejowej, a nie przejeździe kolejowym. Na miejscu zdarzenia stał znak ostrzegawczy A-30 wraz z tabliczką do znaku T-10. Zgodnie z § 11 ust. 1 rozporządzenia w sprawie znaków i sygnałów drogowych: Znak A-30 „inne niebezpieczeństwo” ostrzega o niebezpieczeństwie innego rodzaju niż określone pozostałymi znakami ostrzegawczymi. Umieszczona pod znakiem A-30 tabliczka wskazuje rodzaj niebezpieczeństwa za pomocą symbolu lub napisu. Zgodnie z § 11 ust. 2 pkt 2: Umieszczona pod znakiem A-30 tabliczka T-10 wskazuje przecięcie drogi z bocznicą kolejową lub torem o podobnym charakterze. W miejscu tak oznakowanym, ruch na drodze jest wstrzymywany przez pracownika kolei podczas przejeżdżania (przetaczania) pociągu. Policja zatem błędnie zakwalifikowała niepenalizowane wyprzedzanie na bocznicy jako niedozwolony manewr na przejeździe kolejowym, a czego zabrania art. 28 ust. 3 pkt 3 ustawy Prawo o ruchu drogowym. Przejazd kolejowy sygnalizowany jest znakami: ostrzegawczymi „przejazd kolejowy z zaporami” (A-9); „przejazd kolejowy bez zapór” (A-10); zakazu „STOP” (B-20); znakami dodatkowymi w postaci trzech słupków wskazujących stopniowe (3/3, 2/3 i 1/3 odległości) zbliżanie się do określonego miejsca, umieszczonych zarówno po prawej, jak i po lewej stronie jezdni w równych odstępach (150, 100 i 50 m) od przejazdu (G-1a-G-1f); sieć pod napięciem” (G-2) oraz „krzyż św. Andrzeja…” (G-3 i G-4); „stój – rogatka uszkodzona” (B-32). Tymczasem bocznica nie stanowi linii kolejowej, bowiem zgodnie z art. 4 pkt 10 ustawy o transporcie kolejowym, bocznica kolejowa to droga kolejowa połączona z linią kolejową i służąca do wykonywania załadunku i wyładunku wagonów lub wykonywania czynności utrzymaniowych pojazdów kolejowych lub postoju pojazdów kolejowych oraz przemieszczania i włączania pojazdów kolejowych do ruchu po sieci kolejowej.

Z taką analizą, droga do otrzymania rekompensaty była w pełni otwarta. Klient wygrał sprawę odszkodowawczą w całości. Nie mogło być tez mowy o jakimkolwiek przyczynieniu, bo choć kierujący osobówką mandat otrzymał, to nie jest on wiążący dla jakiegokolwiek innego postępowania.